O inwestorach

Kiedy mieszkałam w San Francisco, wraz z moimi przyjaciółmi egzystowaliśmy na obrzeżach środowiska nowych technologii, stąd też nasze czynsze były takie wysokie. Całkowicie spłukani, popijaliśmy Amstel Light i tańczyliśmy disco w podrzędnych knajpach, trzymaliśmy się od wszystkiego z dala. VC mogło dla nas znaczyć równie dobrze ser Velveeta Cheese. Zastanawiałam się jedynie, kim są ci wszyscy ludzie w bluzach z kapturami, którzy mają białe słuchawki w uszach. Nie miałam pojęcia, że to przez nich zniknęły tanie knajpy z moim ulubionym burrito.

Z biegiem czasu zaczynałam coraz lepiej rozumieć, czym się zajmują inwestorzy, nadal jednak wydawało mi się to onieśmielające. Pierwsze spotkanie z inwestorami dostarczającymi kapitału

Venture capital (VC) – inwestycje dokonywane we wczesnych stadiach rozwoju przedsiębiorstw, służące uruchomieniu danej spółki lub jej ekspansji. wysokiego ryzyka było dla mnie straszne: chodziło o to, że nigdy wcześniej nie znalazłam się w sali posiedzeń zarządu. I bardzo szybko zrozumiałam, że mówimy zupełnie innymi językami. Czułam się niczym biedne dziecko, dla którego zabrakło miejsca przy stole. Przez następny rok, jeśli pojawiały się jakiekolwiek propozycje zainwestowania w Nasty Cal, w ogóle nie reagowałam.

Nagle okazało się, że muszę zwolnić pracownika w średnim wieku. I chociaż nie miało to bezpośredniego związku z inwestycjami, było dla mnie straszliwie nieprzyjemnym doświadczeniem. Sprawiło ono, iż zrozumiałam, że jeśli mam być prezeską (a przecież byłam) i zarządzać naprawdę dużą, szybko rozwijającą się firmą (a tak było), muszę robić też takie rzeczy. Zebrałam się w sobie i wreszcie zdecydowałam, że będę odpowiadać na te propozycje. Udałam się do Doliny Krzemowej na spotkanie z inwestorami.

W San Francisco zabrałam ze sobą Davida, zaprzyjaźnionego przedsiębiorcę i jednego z najmądrzejszych ludzi, jakich znałam. Zdążył już zgłębić proces gromadzenia kapitału wysokiego ryzyka, więc zrobiliśmy burzę mózgów w samochodzie i wypytywałam go o wszystko. Był to kurs przyspieszony, którego bardzo potrzebowałam, ponieważ czekało mnie tego dnia sześć spotkań, każde w innej firmie.

Tym razem wiedziałam, że nie mam nic do stracenia, nasza firma była zajebista, przynosiła zyski i mieliśmy pieniądze na koncie. Nasty Gal po prostu miała się dobrze. Chociaż większość przedsiębiorców na spotkaniach z inwestorami prezentuje swoje plany biznesowe, ja, nie kumając Powerpointa, przyjechałam z niczym. Okazało się, że najsilniejszym punktem Nasty Cal było nie to, co zamierzaliśmy zrobić, ale to, czego już dokonaliśmy.

– „Zamierzamy w tym roku zarobić 100 milionów dolarów”.

– „Nie, nigdy nie pożyczyłam nawet centa”.

– „Nie, nie skończyłam studiów”.

– „Nie, nie prowadziłam wcześniej firmy”.

O inwestorach cz. II

Zdążyłam się już przyzwyczaić do wypowiadania tych kwestii, a kiedy pędziłam ze spotkania na spotkanie, przyszła mi do głowy raczej szokująca myśl: „Cholera, ci ludzie są naprawdę pod wrażeniem”.

Sand Hill Road to legendarny ośrodek kapitału podwyższonego ryzyka, mieszczący się w Menlo Park, między Uniwersytetem Stanforda a Doliną Krzemową. Ludzie w tych biurach pracują według zupełnie innych wzorców niż ja – spędzają całe dnie na rozmowach o modelach biznesu lub pierwszej ofercie publicznej. Nigdy bym tak nie chciała. Odwagi dodawało mi to, że chociaż pojawiłam się tam nie wiadomo skąd, ludzie, którzy zawsze wydawali mi się odrębnym gatunkiem, traktowali mnie z szacunkiem. Niektórzy chcieli się nawet zaprzyjaźniać, inni starali się odwoływać do mojej ciemnej strony (do twojej wiadomości: określenie „ciemna strona” plasuje się na mojej liście najmniej ulubionych wyrazów razem ze słowami: twerk, pychota, prześmiesznościowy). Jeden z inwestorów wysłał mi kiedyś późno wieczorem maila z dziwną wiadomością głosową, a następnego dnia zadzwonił do mnie i kajał się. „Przepraszam panią – powiedział. – Urżnąłem się jackiem daniel- sem, a wcześniej brałem percocet”. Wkurzyłabym się, nawet gdybym usłyszała coś takiego od kumpla, więc nie trzeba dodawać, że nie zdecydowałam się na żaden układ z tą firmą.

Wygląda na to, że większość inwestorów wysokiego ryzyka, których ostatnio poznałam, dopiero niedawno i jednogłośnie, „odkryło”, że kobiety lubią robić zakupy przez internet. Byli niezwykle podekscytowani pomysłem, że firmy prowadzone przez kobiety mają kobiecą klientelę. Zupełnie tego nie łapali. Spełniałam wszystkie kryteria, ale nie mieli zielonego pojęcia, dlaczego Nasty Gal była tak wyjątkowa. Najwyraźniej to nie były ich pomysły. Ktoś spytał, czy może zadzwonić do mojego byłego dyrektora wykonawczego, Franka, aby porozmawiać o firmie. Powiedziałam, że nie ma sprawy, i dałam jego numer. Później okazało się, że pytano go o to, czy nie mam problemów z wydawaniem pieniędzy. Kiedy to usłyszałam, pomyślałam sobie: „Ej, facet, skoro zbudowałam firmę wartą miliony, zaczynałam od kapitału pięćdziesiąt dolarów i nigdy nie brałam kredytu, to czy można mnie podejrzewać, że szastam pieniędzmi?

Leave a reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>