Monthly Archives Lipiec 2015

Zalety z bycia naiwną

Jedna z zalet bycia naiwną jest taka, że często jesteśmy na tyle naiwne, by wierzyć w siebie, kiedy nikt w nas nie wierzy. Byłam na tyle głupia i uparta, że włożyłam wszystkie pieniądze, jakie miałam, w firmę o nazwie Nasty Cal, i zignorowałam tych, którzy próbowali mi wmówić, że robię źle. Gdybym zaprzestała działalności po pierwszych złośliwościach sprzedawcy na eBayu, który próbował mnie wykończyć, pewnie dalej bym sprzedawała buty, na które nigdy nie byłoby mnie stać. Jeśli się wsłuchasz w siebie, okaże się, że twoje serce wiedziało cały czas, o co ci naprawdę chodzi.

O inwestorach

Kiedy mieszkałam w San Francisco, wraz z moimi przyjaciółmi egzystowaliśmy na obrzeżach środowiska nowych technologii, stąd też nasze czynsze były takie wysokie. Całkowicie spłukani, popijaliśmy Amstel Light i tańczyliśmy disco w podrzędnych knajpach, trzymaliśmy się od wszystkiego z dala. VC mogło dla nas znaczyć równie dobrze ser Velveeta Cheese. Zastanawiałam się jedynie, kim są ci wszyscy ludzie w bluzach z kapturami, którzy mają białe słuchawki w uszach. Nie miałam pojęcia, że to przez nich zniknęły tanie knajpy z moim ulubionym burrito.

Tree sitting

Książki były świetnym towarem dla takiej początkującej złodziejki jak ja. Sprawdzałam na Amazonie, jakie się najlepiej sprzedają, potem szłam do dużego sklepu, nonszalancko podchodziłam do stołu, łapałam, ile się tylko dało, i wychodziłam. Dlaczego nie próbowałam ukryć przestępstwa? Mack nauczył mnie, że im bardziej staramy się coś schować, tym bardziej podejrzanie wyglądamy. Najlepsi złodzieje zachowują się tak zwyczajnie, że nawet nie drgnie im powieka, więc kiedy dźwigałam

Gówniane prace ocaliły mi życie

Mam wrażenie, że pobiłam wszelkie rekordy co do liczby gównianych prac, jakimi się zajmowałam przed ukończeniem osiemnastki. A już z pewnością dostałabym główną nagrodę w kategorii Najbardziej Gówniane Prace, które Trwały Dwa Tygodnie lub Krócej. Jako dziewczynka imałam się typowych zajęć: sprzedawałam lemoniadę, roznosiłam gazety, byłam babysitterką, a nawet dziecięcą modelką, ale ten epizod trwał dość krótko. Okazało się bowiem, że podczas castingu w Little Caesars nie zdołałam wykrzesać z siebie entuzjazmu, kiedy kazano mi podskakiwać i wykrzykiwać: „Pizza! Pizza!”. Z kolei za czasów szkoły średniej zajęcia, które podejmowałam, przypominały nieco błyskawiczne randki. Całkiem możliwe, że żadna z tych gównianych prac tak naprawdę nie uratowała mi życia, uważam jednak, że różnorodność tych krótkotrwałych porażek lub, jak wolę to nazywać, nie- powściągliwość w wyborze pracy, pozwoliła mi gromadzić doświadczenia na przyszłość. Jeśli ktoś cierpi na niemożność skupienia się na czymś dłużej, szybko się orientuje, co mu się podoba, a co nie. Zwykle muszę rzucić trochę mięsem, zanim zrozumiem, co jest dla mnie najlepsze. Na nieszczęście pracodawców, którzy mnie wtedy zatrudniali, bardzo mi się to opłaciło.

Ciuchy vintage cz. II

Zakładając sklep, przeszłam na inny poziom vintage. Na Craigslist znalazłam anons jakiegoś teatru, który zamykał działalność i wyprzedawał straszliwą ilość ciuchów. Dodałam do tego mnóstwo wełnianych czapek oraz sukienek firmy Gunne Sax i dzięki temu miałam co wystawić w sklepie.

Pieniądze muszą pracować

Wprawdzie nadal nie szastam pieniędzmi, ale już mogę sobie pozwolić na wydawanie ich na drogie rzeczy. W pewnym momencie staje się dla nas oczywiste, że czasami warto wydać trochę więcej (jeśli możemy sobie na to pozwolić), żeby nabyć coś odpowiedniego. Ta prawda dotyczy zarówno kupowania ciuchów, jak i zatrudniania pracowników – czasami opłaca się wydać więcej, niż się planowało, żeby mieć coś lepszej jakości.

Początki działalności Nasty Gal

Pochodzę z rodziny niezłych kombinatorów. Mój ojciec zajmował się kredytami na budowę domów, odkąd tylko pamiętam, a mama sprzedawała domy, zanim stała się pisarką – obydwoje utrzymywali się z prowizji, jeszcze zanim się urodziłam. Krótko mówiąc to, ile zarabiali, zależało od tego, jak przykładali się do pracy i jakie były tego efekty. Czasem wynajmowaliśmy jednopiętrowe domy, a czasem mieliśmy na własność dwupiętrowe.

Rozwijanie firmy

Zazwyczaj osoby mające takie doświadczenie jak Frank nie starają się o pracę. Ku mojemu zaskoczeniu dostałam CV od kogoś z dwudziestoletnim doświadczeniem w Land’s End, kto pracował również jako dyrektor operacyjny Nordstrom online i katalogu biznesowego tej firmy. Jednak Frank Buettner wiedział, że Nasty Gal ma dobrą passę i że takiej zabawy lepiej nie omijać. Miał mnóstwo pomysłów. Powiedział mi o czymś, co nazywa się „schemat organizacyjny”. Jest to narzędzie, które wykorzystują firmy, by rozplanować strukturę i hierarchię zespołów. Potem opowiedział mi o „wydziałach”. Czułam się, jakbyśmy wynaleźli koło! Najpierw rozmawialiśmy o dyrektorze do spraw zasobów ludzkich. Potem o rewidencie. Następnie przedmiotem był menedżer do spraw obsługi klienta, specjalista do spraw inwentaryzacji oraz menedżer w dziale realizacji zamówień. Zatrudniliśmy informatyka. Zatrudniliśmy asystentów do spraw zakupów, również ja dostałam asystentkę. Przestaliśmy sami wysyłać i odbierać towar, i zorganizowaliśmy dział zwrotów. Do zespołu dołączył Cody, który został szefem do spraw handlu internetowego. Pierwszy raz podłączyliśmy telefony i mieliśmy kilka linii. I zestawy słuchawkowe. To było takie oficjalne! Nasze odbiorczynie nie musiały już kontaktować się z nami mailowo – mogły po prostu zadzwonić! Wszystko dla klienta!

Dostałaś pracę? Świetnie! Teraz tylko musisz ją utrzymać!

Chociaż nasze biuro otwarte jest od dziewiątej do siedemnastej trzydzieści, Nasty Gal nie jest typową firmą pracującą od – do. Wszyscy podchodzimy do naszej pracy z pasją i wierzymy w to, co robimy. Przykładamy się do niej, ponieważ jesteśmy paczką #SZEFOWYCH (także #SZEFUŃC!ÓW) i wiemy, że nasza praca składa się na coś ważniejszego niż poszczególne jednostki. Jeśli więc szukasz pracy, w której możesz się popisywać, nie wpływać na losy świata i oglądać mnóstwo filmów o kotach, to nie jest miejsce dla ciebie. Znam jednak szkołę artystyczną w San Francisco, która być może chętnie by cię zatrudniła…

Hokus-pokus: Potęga magicznego myślenia cz. II

Istnieje jeszcze magia dnia codziennego, w której sami uczestniczymy. Szczerze mówiąc, to nawet nie jest magia. To po prostu umiejętność rozpoznania, że mamy wpływ na nasze myśli, a one z kolei wpływają na nasze życie. To całkowicie jasna, bardzo prosta koncepcja, chociaż wielu ludziom tak obca, że wydaje się im magią. Zapewne znasz ludzi, którzy są naprawdę negatywnie nastawieni do wszystkiego. To takie typy: wiecznie narzekają, tracą pracę, psuje jej się samochód, dziewczyna go zdradza. Tacy ludzie są przekonani, że życie jest do bani… i takie się staje. Jest to stara znana koncepcja zakładająca, że podobieństwa się przyciągają, czyli inaczej prawo przyciągania. Zwraca ci się to, co najpierw wykładasz, więc równie dobrze możesz myśleć pozytywnie, skupiając się na wyobrażaniu sobie, czego chcesz, zamiast dawać się dekoncentrować tym, czego nie chcesz, i wysyłaniu we wszechświat dobrych intencji, które potem do ciebie powrócą.

Ashley Glorioso – starsza stylistka w Nasty Gal

Kiedy byłam młodsza, nie cierpiałam chodzić do szkoły. Wszystkiego w niej nienawidziłam i żeby nie wiem co, nie planowałam dalszej edukacji po szkole średniej, nie mogłam już się doczekać, kiedy się to skończy. Myślałam, że będę pracować ze zwierzętami, ale zrozumiałam, że jestem zbytnio związana z nimi emocjonalnie i że potrzebuję pracy, gdzie nic nie może zostać zranione lub umrzeć. Ubrania. Idealnie!

Słońce świeci – kciuki do góry

Kiedy miałam siedemnaście lat, wybrałam się autostopem do Olimpii w stanie Washington. Razem z podróżującą ze mną Joannę, którą znałam od dwudziestu czterech godzin, na przedmieściach Sacramento stanęłyśmy na poboczu przed wjazdem na autostradę, trzymając w górze karton z nazwą punktu docelowego. Pierwszą osobą, która się zatrzymała, był Rosjanin Jurij, siedzący za kierownicą niewielkiej hondy z wybitą tylną szybą i rozwaloną kolumną kierownicy. Słowem, samochód był prawdopodobnie kradziony. Nie ma sprawy. Nie bałam się. Miałam przymocowany do paska nóż sprężynowy (do krojenia jabłek!), a poza tym byłyśmy niezwyciężone. Ostrzeżenie: proszę, nigdy przenigdy nie rób takich głupot, o jakich piszę w tym rozdziale.

Praca w magazynie z roślinami uprawianymi hydroponicznie

Znalazłam w końcu pracę w magazynie z roślinami uprawianymi hydroponicznie. Do wtóru muzyki A Tribe Called Quest zajmowałam się równowagą pH wody. Opiekowałam się wielkim bananowcem, który zapuścił korzenie w skale magmowej przypominającej królicze bobki. Uwielbiałam tę robotę. Potem zajęłam się ogrodnictwem krajobrazowym, sądząc, że zajęcie na dworze, polegające na wleczeniu węża ogrodowego i jeżdżeniu z taczką wokół biurowca, zapewni mi niezbędną dawkę wysiłku fizycznego. Przetrwałam tam dwa tygodnie. Proszę, możesz się śmiać i zastanawiać, co ja wtedy myślałam, ponieważ… ale tak naprawdę, co ja wtedy myślałam? Bez względu jednak na charakter pracy wynik był zawsze taki sam – nudziłam się i rzucałam robotę.