Jak zostać dziwadłem

Jeśli akceptujesz siebie, ze zdziwieniem zobaczysz, że również inni cię akceptują. Jako firma Nasty Gal jest po części w świecie mody, a po części we własnej galaktyce. Wyjątkowo wyraźnie odczuwam to, kiedy jadę na New York Fashion Week. Nie znoszę tego i wcale nie mam zamiaru tego ukrywać. Strasznie wtedy cierpię. Pozwól, że opiszę ci dokładnie, co się wtedy dzieje, i przepraszam, jeśli zniszczę twoje wyobrażenia o elegancji i wyrafinowaniu.

Grając według zasad, a przynajmniej niektórych z nich

Po tym incydencie całkowicie przestałam kraść. Nie było tak, że wybiegłam stamtąd i od razu znalazłam pracę przy wylewaniu betonu, ale obiecałam sobie, że koniec z chodzeniem na skróty, koniec z ignorowaniem zasad. Eksperymentowałam z różnymi stylami życia i filozofiami, które biały być „zrównoważone”, ale okazało się, że w moim mniemaniu wcale takie nie są. Wreszcie doszłam do wniosku, że swobodne życie wcale nie oznacza życia dobrego i że istnieją pewne prawdy, z którymi muszę się liczyć. Powoli zdawałam sobie sprawę, że lubię ładne rzeczy i chcę je mieć, lecz jeśli kradzież jest absolutnie wykluczona, to będę musiała je zdobyć w bardziej dla mnie charakterystyczny sposób – ciężką pracą.

Ani gorące, ani zimne, ale po prostu odjazdowe

Zwykłam mawiać, że Nasty Cal ubiera dziewczyny w najlepszych latach ich życia, bez względu na to, czy mają 12, 25, 34 czy 60 lat. Na ostatnim spotkaniu, kiedy siedzieliśmy w pokoju narad, opracowując strategię na przyszłość, ktoś spytał moją asystentkę, czy trudno byłoby jej nawiązać ze mną kontakt, gdybym była starsza. „Nie – odparła – Sophia to cholerna twardzielka, która zawsze będzie cholerną twardzielką!” To dowód na to, że nawet gdybym już nie potrafiła nawiązać kontaktu z grupą foku- sową, zawsze miałam do dyspozycji jej przedstawicielkę siedzącą w naszym biurze. A to, że udało mi się stworzyć firmę, w której asystentka bez wahania nazywa swoją prezeskę cholerną twar- dzielką w pomieszczeniu pełnym członków zarządu, jest po prostu cudowne.

Nie bądź ofiarą w negocjacjach

Często trudno jest określić, co to znaczy negocjować „w dobrej wierze”. Pomocne jest zadanie sobie kilku pytań: Czy zastosowałbym takie podejście w stosunkach z bliskim przyjacielem albo członkiem rodziny? Czy, gdyby w prasie ukazała się pełna informacja o tym, co powiedziałem i zrobiłem, poczułbym się zakłopotany? Dla jakiego wzorca literackiego takie postępowanie byłoby bardziej typowe – dla bohatera czy łajdaka? Pytania te nie mają na celu zastosowania jakichś zewnętrznych opinii, aby rzucić światło na twoje wewnętrzne wartości. Musisz sam zdecydować, czy chcesz stosować taktyki, które uznałbyś za niewłaściwe i stosowane w złej wierze, gdyby zostały użyte przeciwko tobie.

Proces posuwania się w stronę porozumienia rzadko jest liniowy

Przesuwaj się w stronę zobowiązań stopniowo. W miarę postępu rozmów, dyskusji nad możliwymi rozwiązaniami i kryteriami dla każdej z kwestii powinieneś poszukiwać consensusu – propozycji, która odzwierciedla wszystkie zgłoszone uwagi i umożliwia realizację interesów obu stron w takim stopniu, w jakim jest to możliwe. Jeżeli nie udaje ci się dojść do porozumienia w jakiejś kwestii, spróbuj przynajmniej zmniejszyć liczbę możliwych wariantów i przejdź do następnej. Być może lepszy wariant lub możliwość wymiany pojawią się później („Dobrze. Czyli coś między 28000 a 30 000 dolarów wydaje się rozsądnym wynagrodzeniem. A co z kwestią daty rozpoczęcia pracy?”).

Ucz się z praktyki negocjowania

Książka może skierować cię w obiecującym kierunku, uświadamiając pewne pomysły i to, co robisz, może pomóc ci w uczeniu się. Jednak tylko samodzielnie możesz zdobyć umiejętności. Przeczytanie broszury opisującej ćwiczenia Królewskich Kanadyjskich Sił Powietrznych nie spowoduje, że będziesz sprawniejszy fizycznie. Studiowanie książek na temat tenisa, pływania, jazdy na rowerze czy koniu nie uczyni cię ekspertem. To samo dotyczy negocjacji.

Warianty do składania oświadczeń o zobowiązaniach w negocjacjach

Zaproponowaliśmy sporo wskazówek, jak opracowywać mądre, satysfakcjonujące obie strony rozwiązania, oraz sposobów unikania lub przezwyciężania problemów ludzkich. Pozostaje pytanie, jak osiągnąć porozumienie, jak „zamykać” poszczególne kwestie. Nie sądzimy, że jest jakaś jedna, najlepsza droga, ale chcielibyśmy przedstawić kilka wskazówek, nad którymi warto się zastanowić.

Źródłem siły jest stosowanie zewnętrznych kryteriów – negocjacje

Możesz stosować standardy zarówno jako miecz perswazji, jak i tarczę przeciwko presji, abyś się poddał. („Chciałbym dać ci upust, ale to uczciwa cena. Tyle samo zapłacił General Motors w zeszłym tygodniu. Oto rachunek”.) Podobnie jak prawnik znajdując odpowiedni precedens i zasadę zwiększa swoje możliwości przekonania sędziego, negocjator może zwiększyć siłę negocjacyjną, znajdując precedens, zasady i inne zewnętrzne kryteria uczciwości oraz zastanawiając się, jak je przedstawić twardo i skutecznie: „Proszę o nie mniej i nie więcej niż to, co płacisz innym za podobną pracę”. „Zapłacimy tyle, ile wart jest dom, jeżeli będzie nas stać. Oferujemy tyle, ile zapłacono za dom obok w zeszłym miesiącu. Jeżeli nie potrafisz przedstawić nam rozsądnego argumentu, że twój dom wart jest więcej, nasza oferta nie zmieni się”. Przekonanie drugiej osoby, że chcesz nie więcej niż jest uczciwe to jeden z najmocniejszych argumentów, jakich możesz użyć.

Uzbrojony do błogosławieństwa

Wkrótce potem zapisałam się na warsztaty fotograficzne w San Francisco City College, gdzie uczyłam się wywoływać negatywy i naświetlać filmy. Nasz końcowy projekt to miała być seria zdjęć na dowolny temat, postanowiłam więc, że zrobię fotografie w rosyjskim kościele prawosławnym, znajdującym się na tej samej ulicy, gdzie mieszkałam. Niewielki budynek z zewnątrz w ogóle nie przypominał świątyni. Był to taki architektoniczny samotnik. W niedzielnym nabożeństwie uczestniczyły najwyżej cztery osoby.

Tytuł aukcji na eBayu to bardziej nauka niż sztuka

Po skończeniu sesji zamieniałam się w automat i przez cały dzień obrabiałam zdjęcia. Za pomocą Photoshopa bezpardonowo wymazywałam pryszcze i kadrowałam fotografie najszybciej, jak potrafiłam. Wypracowałam sobie system pracy zwiększający wydajność, jeśli to tylko było możliwe. Ładowałam pliki na FTP a opisy kolejnych towarów robiłam, używając szab- łonu. Moje palce wprost śmigały, gdy korzystałam z prymitywnego HTML-a niczym dwunastoletni haker. Podając opis produktu, uwzględniłam wszystkie szczegóły. Dołączałam też rady praktyczne, w razie gdyby jakaś stylowa dziewczyna licytowała na przykład wiatrówkę, ale nie miała pojęcia, jak ją nosić na sposób zaginionego w akcji. Podawałam wszystkie wymiary: szerokość ramion, odległość między pachami, obwód talii i bioder, długość. Odnotowywałam każdą skazę i zawsze prawdziwie opisywałam stan ubrania.

Twórcze podejście do wszystkiego

Nieustająco inspirują mnie ludzie, z którymi pracuję, i plemię, jakie tworzymy. Inspiruje mnie kultura młodych. Chcę wiedzieć o nich wszystko – co noszą, kogo będą słuchać, jakich aplikacji używają na komputerze. Dzieciaki są przyszłością. Jeśli chcę się utrzymać w przyszłości, muszę pozostać w grze.

Mam tego dosyć: Saga o purpurowej sukience w stylu lat dwudziestych

Pod koniec mojej działalności na eBayu, na początku 2008 roku, kupiłam sukienkę w stylu lat dwudziestych, która była prawdopodobnie kiedyś kostiumem scenicznym. Strój ten, uszyty z purpurowego poliestru, wystylizowałam na wyjściową kieckę. Poszła za czterysta dolarów, a dziewczyna, która ją kupiła – zresztą również sprzedawczyni vintage na eBayu – założyła ją na wieczór panieński w Las Vegas.

Nie masz co tutaj szukać: klika z eBaya

Na dwa lata rzuciłam kompletnie wszystko. Od chwili kiedy się budziłam aż do pójścia spać eBay stanowił cały mój świat. Każda kategoria ma tam swoje forum. Nie nazwałabym obecnie wszystkich wystawiających coś na eBayu przedsiębiorcami (niektóre kobiety sprzedające vintage handlowały głównie fartuszkami z lat czterdziestych). Kiedy więc pojawiłam się na scenie, ostro licytując poliestrowe kiecki, te purysiki zaczęły na mnie psioczyć. Nie podobało im się, że ubrania z lat osiemdziesiątych nazywam vintage, uparcie twierdziły, że takie określenie nie pasuje do przedmiotów z czasów późniejszych niż lata sześćdziesiąte. Nabijały się też z moich modelek: „Brr! Znów przybiera te buli- miczne pozy!” – to był ulubiony komentarz do każdego zdjęcia, na którym modelka pochylała się z rękami opartymi w talii, niczym na zdjęciach z modą haute couture.